|
Nihil novi 26.07.2010r  Tytułowe „nic nowego" ciśnie się na usta po obejrzeniu ostatniej klatki najnowszego remake'u „Koszmaru z ulicy Wiązów". Doskonale wszystkim znany Freddy Krueger nie zaskoczy niczym nowym. Fabuła też. W zasadzie gdyby nie zdecydowanie lepsze efekty specjalne, film byłby kalką swojego pierwowzoru. A skoro już coś było, to po co się powtarzać? Każdy wielbiciel dużego i małego ekranu musiał słyszeć o Freddym Kruegerze - psychopatycznym mordercy, którego powołał do życia Wes Craven w słynnym już „Koszmarze..." z 1984 roku. Wtedy Freddy to był prawdziwy „gość" - nietuzinkowy, z poczuciem humoru, lekko ześwirowany (ale co z tego). Takiemu można by się dać pokroić. Jego współczesnemu odpowiednikowi natomiast już nie bardzo. Jackie Earle Haley, który wcielił się w postać legendarnego mordercy jest już tylko kimś, kto zabija. Owszem, robi to z rozmachem godnym pozazdroszczenia, ale nic poza tym. Nie zaskoczy nas też fabuła. Jest tak, jak było na początku. Twórcy filmu, na czele z reżyserem Samuelem Bayerem, w żaden sposób nie nawiązali do wątków którejkolwiek z siedmiu poprzednich części sagi. Mamy zatem powtórkę z rozrywki, kiedy to czwórkę nastolatków z ulicy Wiązów dręczą koszmary, w których pojawia się mroczna postać w podartym swetrze, kapeluszem na głowie, oszpeconą twarzą i znakiem szczególnym - dłońmi zakończonymi ostrzami. To ona wyznacza wszystkie reguły. Jedyną receptą na życie, jest przebudzenie. Jednak po tym jak jeden z nastolatków umiera brutalną śmiercią, pozostali wiedzą już, że spać nie można wcale. Próbując rozwikłać zagadkę dlaczego to akurat ich spotkała wątpliwa przyjemność poznania Freddy'ego Kruegera, docierają do pewnej zagadki z przeszłości, związanej z ich rodzicami. To tak w wielkim skrócie. Skrót zastosowali także twórcy filmu. Nie ma już bowiem aluzji do tego, że słynny „amerykański sen" nie jest wcale tak bezpieczny i atrakcyjny jak wszyscy powszechnie uważają. Nie ma mowy o tym, że idealne, spokojne i - mogłoby się wydawać - bezpieczne amerykańskie osiedla także potrafią oblać się potokiem krwi. Zamiast tego mamy jedynie pokaz finezji, z jaką można odbierać komuś życie. Wszystko to potwierdza też pewną prawidłowość, którą nietrudno zauważyć. Otóż zawsze efekciarstwo odbywa się kosztem klimatu, jaki towarzyszy filmowi. Nastrój grozy w pierwowzorze był bowiem nie do przecenienia. We współczesnym odpowiedniku jest z tym dużo gorzej. Podobnie zresztą jak z aktorami, dla których trudno będzie o sympatię widza. To jedynie zbłąkane stado, które niechybnie czeka rzeź. Trudno się jednak dziwić takiemu stanowi rzeczy, skoro Samuel Bayer debiutuje niniejszą produkcją. Wcześniej zajmował się reklamą. Trudno zatem wymagać cudów. Pochwalić można natomiast za walory estetyczne. To zawsze coś. Porzekadło mówi żeby nie wchodzić dwa razy do tej samej rzeki. Jak się jednak okazuje są takie rzeki, do których można wejść osiem razy, a nurt i tak nie porwie. Saga „Koszmaru z ulicy Wiązów" jest tego najlepszym dowodem. Aż dziw bierze, że najnowsza część mimo rażącego braku innowacyjności, jest w stanie na siebie zarobić. Arkadiusz Kaczor Napisz do autora: redakcja@e-sosnowiec.pl
|